piątek, 10 kwietnia 2015

Nie boję się mojego psa, czasem tylko obawiam się bestii, która w nim drzemie.

Mam psa. A może inaczej, bo to stwierdzenie nie jest miarodajne. Mam rottweilera. Mój rottweiler waży jakieś 13 kg mniej ode mnie. Z uwagi na tą różnicę wagi między nami oraz mój niepozorny a jego pozorancki wygląd, regularnie jestem zapytywana o poziom strachu jaki odczuwam (chyba powinnam) względem mojego czworonoga. Z racji tego, że Iwan to już dorosły, pięcioletni niemal pies, miałam dużo czasu na to, żeby nad tym tematem się zastanowić i uważam, że to niesamowite, ile zjawisk może się podziać wokół posiadania psa.

To jest pies agresywny!
Oto pierwszy i najpopularniejszy chyba przesąd, jaki pokutuje w społeczeństwie. Sęk w tym, że duże psy nie muszą być agresywne fizycznie, bezpośrednio (w sensie gryźć, napadać, rozszarpywać). Częściej wystarczy im agresja werbalna (warczenie, szczekanie), korzystają również z sygnałów pozawerbalnych (nastroszona sierść, pokazane zęby, szeroko, stabilnie rozstawione łapy, ogon chyba z poziomie...no z tym to mam problem, bo mój ma tylko ogoński kikut). Ponadto psy o postawie rottweilera bazują na panujących w środowisku stereotypach i naprawdę nie muszą pożytkować energii na zjadanie sąsiada i późniejsze trawienie jego papci przez resztę tygodnia. Wespół zespół z całą gamą stereotypowych przekonań mamy jeszcze do czynienia z indukowaniem strachu mającym miejsce z pokolenia na pokolenie. Psy z kolei ten strach interpretują na swój prymitywny poznawczo psi sposób, co może stanowić podstawę do dalszych problemów w relacjach z ludźmi – nieznajomymi zwłaszcza. (To przykre zjawisko pozostanie tematem na kolejną odsłonę). Niemniej to wszystko razem wzięte powoduje groźne dla wizerunku psa rasy zaliczanej do niebezpiecznych, rozleniwienie i pozwala na bezkarne odgrywanie roli niuniusiabambuniusia w domowych pieleszach.

Myśląc, o relacjach piesko-człowieczych pierwszy przyszedł mi na myśl Mały Książę. On nauczył się, dzięki znajomości z lisem, co to znaczy oswoić kogoś. A Ty? Pamiętasz jeszcze co to znaczy kogoś oswoić?
W mądrych książkach zamiast oswajania mówi się o procesie socjalizacji czyli procesie dostosowywania się do życia w społeczeństwie, uczenia życia wśród ludzi, norm i zasad, wychowywania jednym słowem. Wychowujemy wszystko co się da, z własnymi i cudzymi dziećmi włącznie, zapominając jednak, niestety zbyt często, na czym to całe wychowywanie powinno się opierać. A filary tworzy przede wszystkim, z pozoru nieskomplikowany, system kar i nagród.

(Ja od siebie dodam jeszcze kilka innych, uważam istotnych, elementów składowych, a mianowicie: dobry poziom samoświadomości wychowujących, otwartość na przyjmowanie mniej lub bardziej konstruktywnych informacji zwrotnych, zdolność do beztroskiego popełniania błędów wychowawczych, umiejętność wyrozumiałego rozliczania się z popełnianych błędów, gotowość na przyjęcie czyjegoś ''wiem lepiej'', umiejętność przyznawania się do niewiedzy, gotowość do szukania pomocy, szukanie/korzystanie z pomocy, cierpliwość w rozkładaniu rozwiązywania problemów na czynniki pierwsze, wytrwałość w dążeniu do celu).

Więc, wraz ze współwłaścicielem Iwana, od kilku lat, z różnym skutkiem, podejmujemy trud wychowywania. Oczywiście pies ten nie jest ucieleśnieniem najlepiej wychowanego psa na świecie, który wykonuje komendy na mrugnięcie powieką, zawsze i we wszystkich możliwych okolicznościach, co powoduje, że mając świadomość tych niedostatków, nie mogę czuć się najwspanialszym właścicielem najcudowniejszego psa pod słońcem. Mogę za to ocenić, które zachowania są nie do przejścia, a na które mogę przymknąć oko.

Ważna jest też funkcja, którą pies pełni w domu. Mój pies jest towarzyszem, służy do głaskania, wnoszenia ton piasku i sierści do domu, dzięki czemu mogę zupełnie racjonalnie uzasadnić dlaczego nie utrzymuję domu w czystości. Iwan służy również do poprawiania humoru, straszenia niefajnych sąsiadów, wywoływania zachwytu lśniącą sierścią i głębokim szczekiem, lizania po twarzach nieznajomych dzieci, wywoływania salw śmiechu wykonywaniem takich czy innych sztuczek i zawsze, ale to zawsze, jest idealnych tematem do niezobowiązujących konwersacji.
Mój pies jest nauczony bycia naszym towarzyszem. Wie, kiedy przegina. Wie, kiedy może pyskować, a kiedy zabawa się kończy. Rozumie, kiedy dostaje karę i co jest dla niego nagrodą. Potrafi upomnieć się o czas dla siebie w sposób, jaki jest przez nas akceptowany, sposób którego go nauczyliśmy. Ma zaufanie do swoich właścicieli. Wie, że nikt nie chce zrobić mu krzywdy, choć czasem sprawiamy mu ból (przed czym na swój psi sposób stara się bronić). Ale jego obrona ma granice, granice nadane zaufaniem i przywiązaniem do swojego stada.
Ten pies jest zsocjalizowany.
A socjalizacja to nie to samo co uczłowieczenie. Pies pozostaje psem. Zwierze to zwierze. Koniec. Kropka.

Pies ma możliwości poznawcze na poziomie dziecka dwu-trzyletniego. I tyle, nic więcej ponadto nie zrozumie. Jego wnioskowanie przyczynowo-skutkowe jest proste: bodziec – reakcja. Koniec. Nie zna meandrów zawiłej interpretacji niezliczonej ilości zmiennych, która pomaga zrozumieć świat. On wie tylko, że jak każą czekać, to trzeba czekać bo i tak wrócą. Wrócą, bo zawsze wracają. On rozumie, że jak wychodzisz to znaczy, że cię nie będzie. Nie wie jak długo, nie wie kiedy wrócisz. Ale będzie czekał bo tak został nauczony.

Pies rozumie określoną ilość słów, nie rozumie zdań, kontekstu. Rozumie poszczególne słowa i gesty, które przy tej okazji wykonujesz. Pozostałą część komunikacji wypełniają emocje, panoszące się w powietrzu, nie zawsze uświadomione, jeszcze częściej w ogóle nienazwane. Emocje, które wszyscy uczestnicy danej sytuacji społecznej chłoną całym ciałem i starają się zrozumieć, korzystając ze wskazówek, których ktoś kiedyś ich nauczył.

4 komentarze:

  1. Piękny i mądry wpis. Gdyby wszyscy ludzie mieli taki stosunek do zwierząt, świat byłby lepszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie takiego toku przemyśleń dot. oswojeń dzisiaj potrzebowałam.
    Dziękuję i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń